Beats of Freedom – Zew wolności
Na ekranach kin oglądać można rzecz trochę nietypową – dokument. Beats of Freedom – Zew wolności nie przyciągnie może aż takich rzesz widzów, jak to czynią hollywoodzkie produkcje szeroko reklamowane we wszystkich mediach, warto jednak zwrócić na niego uwagę.
Obraz Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty pokazuje czas, gdy PRL zaczynał się wypalać. Młodzi ludzie w swoim naturalnym, pielęgnowanym zresztą przez pokolenia odruchu buntu i sprzeciwu, zaczęli tworzyć muzykę, która miała być ich autografem, wyrazem odczuć i nastrojów.
Lata 80. to eksplozja przynajmniej częściowo niezależnej sceny. Zespoły o różnym, często nawet miernym poziomie artystycznym, potrafiły porywać słuchaczy spragnionych alternatywy. Festiwale gromadzące tłumy ludzi stęsknionych wolności, kasety przegrywane na domowych magnetofonach, koncerty niszowych zespołów, które przeobrażały się w małe święta.
Beats of Freedom pokazuje całą tamtą rzeczywistość, ale z pewnego, potrzebnego dystansu. Młodsze pokolenie, które być może będzie się chciało uczyć historii z tego dokumentu, wyrosło w totalnie różnej rzeczywistości. Dla dzisiejszych nastolatków lub dwudziestoparolatków koniec XX wieku jest nieznaną historią. W tym filmie poznają ją oczami brytyjskiego dziennikarza polskiego pochodzenia, Chrisa Salewicza. Obraz zyskuje dzięki temu pewną klarowność, naświetla sprawy, które dla wielu osób są dziś czymś mało nośnym.
Niektórzy krytycy mówią wprost, że widzieliby ten dokument na liście obowiązkowych lektur filmowych (to opinia Jacka Szubrychta z „Przekroju”).
„To film, który pomoże zainteresowanym polskimi przemianami ludziom uporządkować fakty, osadzić je na osi czasu, powiązać przyczyny ze skutkami – nie bez powodu historii i polityce poświęca się tu nie mniej miejsca niż muzyce. Ale jest to również film dla Polaków, młodych Polaków urodzonych w latach 80. i później. Dla tych wszystkich, którzy nie znają na pamięć tekstu Skóry (słynnej piosenki grupy Aya RL) i nie wiedzą, o co można spytać milicjanta, bo nigdy milicjanta nie spotkali” – pisze Szubrycht na łamach „Przekroju”. Warto chyba go posłuchać.
Źródło: stopklatka.pl, przekrój.pl
Bem

